blue, krwiste, medium, czy welldone?

Rzygać mi się chce, gdy słyszę wszelkiej maści „pseudo” ekspertów kulinarnych i snobizujących „koneserów”, wyrażających się z pogardą o ludziach zamawiających steki i generalnie preferujących mięso w formie wysmażenia welldone, czyli po naszemu „wysmażony”… Szczególnie w programach kulinarnych utarło się by mięsa, a zwłaszcza kaczkę i wołowinę – serwować na niemal surowo (blue i rare), ociekające krwią lub różowy drób, co osobiście uważam za barbarzyństwo – bo nie po to cywilizacja dała nam ogień, bym jak zwierze żuł na wpół surowe, ociekające krwią mięso, ale nie o to chodzi. A potem ludzie wbrew sobie i schlebiając źle zrozumianym konwenansom, łypiąc nerwowo na współbiesiadników – zamawiają te krwiste mięsa, żując je przez godzinę, by dobrze wypaść w oczach innych masochistów, a którzy w obawie o społeczny ostracyzm i krytykę, też zamawiają wbrew sobie krwiste… Normalnie paranoja!

Zatem ustalmy raz na zawsze, że forma wysmażenia mięsa, to nic innego jak indywidualna kwestia gustów jedzącego – podobnie jak słodzenie kawy, czy herbaty lub poziom dosolenia i ostrości potraw. Czy ja, nie słodząc kawy mam prawo nazywać barbarzyńcą i profanem kogoś kto lubi słodką, albo ze śmietanką? Czy to nietakt posłodzić zieloną herbatę? Wreszcie czy soląc moje frytki lub jajka sadzone, albo suto podlewając octem spirytusowym galaretę z nóżek, popełniam kulinarną i towarzyską gafę?

Nie! bo to kwestia gustów, subiektywna i indywidualna, dlatego skończmy z napiętnowaniem ludzi chcących zjeść tak jak im odpowiada, zamiast podążać za debilną i z uporem maniaka lansowaną modą na krwiste mięso!. Pozwólmy ludziom jeść tak jak lubią, bez wpędzania ich w irracjonalne kompleksy, z powodu czyjegoś widzimisię, które urosło do niepisanego standardu. Jak sobie Madzia Gessler lub Michel Oddaj Fartucha lubią krwiste to niech jedzą, ale niech nie wmawiają ludziom lubiącym zjeść wysmażone, że popełniają jakąś zbrodnię!. Każdy ma prawo sam decydować, czy chce przeżuć padlinę surową i z cieknącą po brodzie krwią, czy też wysmażone mięso, bo akurat takie najbardziej mu smakuje.

Dziękuję i smacznego!

białe święta z Ewą Wachowicz

To już taka nasza popierdzielona tradycja, że kiedy ma być zimno, to jest ciepło, a gdy ma już być wreszcie ciepło, to nakurwia zimnem… Zatem białe święta wielkanocne nie powinny już nikogo dziwić, ale jednak nadal irytują, zwłaszcza gdy pojebana pogoda zrujnowała kolejny weekend, albo majówkę. Z braku laku i głównie przez jedynie plus 3 stopnie i huraganowy wiatr, święta spędziłem u rodziny, w zasadzie nie ruszając się z domu. A pogoda na zmianę, słońce, deszcz, grad, słońce, śnieg, słońce, deszcz w 10 minutowych interwałach. Z braku laku oglądam telewizję, jakiś program kulinarny z Ewą Wachowicz na Polsacie. Piekła jakiś sernik z jabłkami i jakie było moje zdziwienie, gdy w pewnym momencie patrzę i uszom nie wierzę, bo laska składa widzom Polsatu życzenia bożonarodzeniowe!. No co jest? Ja rozumiem, że na Polsacie są ekstra długie przerwy reklamowe, ale żeby aż tak, by przeciągnąć bloczek reklamowy z jeszcze ubiegłego roku? Potem patrzę, że to powtórka programu z 2013 roku (srsly nie mieliście nic świeższego?), ale coś mi się widzi, że Pani Wachowicz wykrakała nam kolejne białe święta – ale głowa do góry, bo coś czuję, że majówka też będzie biała, wszak to już tradycja 🙂

daj lajka!, no daj suba!, błagam, ściągnę majtki przez głowę za tysiąc subskrybcji!

Największa moim zdaniem żenada współczesnego polskiego YouTube’a to (pomijając nachalne i subtelne jak armia czerwona product placement), że ponad połowa filmiku, na jego początku i końcu to niekończąca się żebranina o suby, lajki na fejsie, snapie, insta i ch*j gdzie jeszcze… Nosz kuźwa, jeśli będę chciał zasubować albo polajkować, to zrobię to sam, a nie dlatego, że ktoś namolnie mi o tym przypomina na początku, w trakcie i końcu każdego filmiku! A jak nie natarczywym gadaniem, to oczojebnymi, zasłaniającymi pół ekranu bannerami, z mikroskopijnym X-sem do zamknięcia tego wyskakującego masowo g.wna… ja rozumiem, że YouTuberzy mają ciśnienie, bo kasa, kasa, kasa, ale nie dałoby się subtelniej i przede wszystkim z godnością?

moja krótka, ale jakże intensywna w ambiwalentne odczucia przygoda z T-Mobile Polska…

Oglądając komedie rodem z PRL, śmiejemy się z absurdów i Bareizmów w rodzaju „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi” – ale wiecie, że podobnej obsługi można doświadczyć również dziś i to po stronie ogromnej firmy, której nikt by o to nie podejrzewał?. Pewnego pięknego dnia, znajomy opowiedział mi o ciekawej promocji w T-mobile, z której sam dosłownie przed chwilą skorzystał, w jednym z salonów. Tablet Lenovo + modem Alcatel, z nielimitowanym internetem LTE i umową na 24 miesiące wyglądał bardzo korzystnie. A ponieważ zależy mi na mobilności usługi (ze względu na brak fizycznego kabla i często niemożliwość świadczenia usług w innym miejscu zamieszkania) postanowiłem zajrzeć do salonu T-Mobile i skorzystać z promocji, gdyż moja dotychczasowa umowa z UPC, kilka miesięcy temu, przeszła na czas nieokreślony. Widać promocja cieszy się ogromnym wzięciem, bo w obu salonach, które fizycznie odwiedziłem, rzeczone tablety Lenovo już się skończyły, więc pozostał mi kontakt ze sklepem internetowym i infolinią. To nawet lepiej, bo za złożenie zamówienia drogą elektroniczną dodawali jeszcze myszkę bezprzewodową gratis!.

Niestety tego dnia połączenie z konsultantem nie doszło do skutku, ze względu na ogromne obłożenie linii. Po ponad godzinnym oczekiwaniu na połączenie z konsultantem, odpuściłem, by zadzwonić ponownie nazajutrz. Tym razem udało się już po raptem pół godzinie wysłuchiwania debilnej melodyjki, której zapętlony, około 10 sekundowy fragment niemal doprowadził mnie do szału. Po krótkiej wymianie zdań, udało się sprawnie złożyć zamówienie na tablet + modem i umową na 24 miesiące, ale niestety z opłatą aktywacyjną 50 zł i kwotą 49,05 do zapłaty kurierowi za modem Alcatela. No trudno, ale nawet z tymi obciążeniami oferta jest atrakcyjna no i wreszcie miałbym internet mobilny, który mógłbym wszędzie ze sobą zabrać i z nielimitowanym transferem w obrębie sieci LTE*. Przyznam szczerze, że napaliłem się jak szczerbaty na suchary, bo jako Geek, uwielbiam nowe gadżety. Więc z niecierpliwością oczekiwałem spływania kolejnych raportów o kompletowaniu i wysyłce mojego zamówienia, nie mogąc się już doczekać wizyty kuriera z nowymi zabawkami. 😉

*nielimitowanym o ile nie korzystacie zbyt intensywnie, bo jak się okazuje (po dopytaniu o to wprost, na infolinii) „nielimitowany” ma limit i nie jest on ściśle sprecyzowany, a zależny od widzimisię operatora. A ten w każdej chwili, po 10, 100, 200 GB może powiedzieć basta i uruchomić dławik… Całe szczęście nie dają blokady SIM, więc z ich modemem można sparować każde, dowolne urządzenie, a nie tylko dedykowane (duży plus).

Niestety z niewiadomego powodu moje zamówienie zablokowało się (zero kontaktu ani powiadomień co jest przyczyną ze strony operatora), więc postanowiłem zareagować i sam zadzwoniłem, by ustalić co jest nie tak. Chodziło o weryfikację za pomocą faktur od innego operatora i skan dowodu, o który nikt mnie podczas rozmowy nie prosił. No nic dosłałem i czekam aż zamówienie ruszy. Niestety następnego dnia wciąż widniał pod nim komunikat iż realizacja jest chwilowo wstrzymana. No więc znów dzwonię na infolinię i tu miły Pan Adam informuje mnie, że coś się w moim zamówieniu popsuło i że on tamto zamówienie anuluje i wpisze tak by było dobrze, przy okazji zdejmując mi opłatę aktywacyjną i odpłatność za modem, jako rekompensatę za zwłokę z ich winy. No super, pełen profesjonalizm! – pomyślałem, chwaląc w duchu sympatycznego pracownika infolinii sprzedażowej, bo jakby nie patrzeć zaoszczędziłem łącznie około 100 zł, więc opłacało się być cierpliwym i grzecznym 😉

Niestety moja radość nie trwała długo, gdyż wkrótce i to zamówienie uległo zablokowaniu, więc znów (trzeci raz w przeciągu 4 dni) dzwonię na infolinię, aby dopytać co znowu jest nie tak i kolejny raz dosyłam skany dowodu i ostatnich faktur z Orange. Bardzo mi zależało by zamówienie zrealizować jeszcze przed nadchodzącym weekendem, stąd wykazałem dużo inicjatywy i samozaparcia, by ponownie odczekać swoje na wiecznie zablokowanej infolinii – aby w końcu porozmawiać z żywym człowiekiem i znów pchnąć moje zamówienie do przodu. Tym razem trafiłem na równie sympatycznego (oni wszyscy są sympatyczni do podpisania umowy, a potem znikają jak kamień w wodę, nie dopisując na e-maile) pana Krzysztofa, który wykazał się mega cierpliwością, zrozumieniem i empatią, poprawiając rzekomo „sknocone przez kolegę „świeżaka” zlecenie i wreszcie pchnąć sprawę na głęboką wodę. ten przesympatyczny i mega uczynny człowiek nawet mi sms napisał po wszystkim, że przepraszają za kłopot i że kierowniczka jeszcze dziś to klepnie, bym dostał zamówienie jak najszybciej. No aż miałem ochotę chłopa przytulić i postawić mu browara za empatię i profesjonalizm!

To było w czwartek, ale przesympatyczny Pan Krzysztof nie pozostawił mi złudzeń, że przesyłka dotrze do mnie najwcześniej we wtorek. No cóż, poczekam, zwłaszcza, ze był taki miły, by urwać mi jeszcze z zamówienia koszt transportu (kolejne 20 zł do przodu) – więc jaka była moja wielka radość, gdy w poniedziałek o 7 rano z minutami, dostałem SMS od kuriera DHL, że ma dla mnie paczkę! Odebrałem ją dopiero około 15, pokwitowałem odbiór i rozpakowałem drżącymi łapkami. Tradycyjnie jako pierwsze wziąłem do ręki papiery, a tu zonk, bo jakie 36 rat za sprzęt? Biorę do ręki umowę i jakbym dostał w pysk, bo na umowie czytam, że umowa która zgodnie z informacją na stronie, ofertą i rozmową z konsultantem, figurująca na 24 miesiące – w tzw. międzyczasie i w niewyjaśnionych okolicznościach, samoczynnie przekształciła się na wersję 36 miesięczną! A do tego doszły zgody marketingowe, o które nikt mnie nie pytał, czyli konsultant samowolnie oraz bez mojej zgody i wiedzy pozaznaczał, że wyrażam wszelką zgodę na nękanie reklamami i spamem. No ładnie, pełen profesjonalizm, ale czy oni liczyli że mają do czynienia z idiotą i nie zauważę, że umowa utyła o rok, a zgody na marketing objęły pozycje o których na pewno nie było mowy w komunikacie, który musiałem obowiązkowy wysłuchać i zaakceptować?

Aż się we mnie zagotowało, więc łapię za telefon i dzwonię na infolinię, by zgłosić nieprawidłowość. No niech to naprawią, zrobią aneks jakiś, czy wyślą nową umowę!. Niestety konsultantka na infolinii nic nie wie i nic nie może, pracownik infolinii, który wmanewrował mnie w to bagno jest nieosiągalny (jeden i drugi) i usłyszałem „radę” że ewentualnie mogę napisać reklamację, albo odstąpić w ciągu 14 dni od umowy i w ogóle mam pisać w tej sprawie do BOA. A że nie w ciemię bity jestem to wiem, że reklamacje będą rozpatrywać do 30 dni, a czasu na odstąpienie od umowy zawartej na odległość mam tylko 14, więc zażądałem natychmiastowej rozmowy z jakąkolwiek władną i kompetentną osobą i w odpowiedzi usłyszałem, że jeszcze dziś (17 października) skontaktuje się ze mną tajemnicza kierowniczka, by całą sprawę wyjaśnić. Oczywiście nie zadzwoniła, nie odpisał też żaden z pracowników infolinii, do których wysłałem imienne maile – a na fanpage podano mi maila do jakiegoś super pracownika, który miał się sprawą zająć bezzwłocznie, ale też mnie olał. Typowe, zainteresowanie sprzedawcy kończy się z chwilą gdy ofiara podpisze cyrograf i spie…szaj dziadu… Zresztą wystarczy wejść na ich fanpage (którego od dwóch dni jestem gorliwym fanem i stałym bywalcem) i poczytać co ludzie piszą… Więc nikt się na mnie nie uwziął, nie jestem odosobnionym przypadkiem, ale czy to ma być pocieszeniem i wytłumaczeniem dla kuriozalnej sytuacji, w której się nie z mojej winy znalazłem?

Ale że nie jestem z tych co odpuszczają (gdyby mieli dobre intencje i czyste sumienie, to nie unikali by przez ponad 2 doby odpowiedzi i kontaktu), więc atakuję ich oficjalny fanpage wpisami, mając na celu wymuszenie jakiegokolwiek zainteresowania moją sprawą. Nawet jakiś troll się tam do mnie przyplątał (fikcyjny i prawdopodobnie lewy profil do atakowania niewygodnych komentujących), atakując mnie za pisanie niewygodnej prawdy. Co więcej ów klakier pochwalił się że to niby on zgłosił profil Perfumomanii do Facebooka, jako potencjalnie fałszywy i wymagający weryfikacji i uzupełnienia danych osobowych… Żałosne prawda?, tym bardziej, że osoba lub osoby prowadzące fanpage T-Moble, ani ów troll też nie piszą z imienia i nazwiska, więc czemu tylko ja mam podawać swoje?…

Spytacie czemu namolnie piszę tam, zamiast dzwonić na infolinię, albo nie napiszę maila do BOA?. Bo publicznie wyrażanych pretensji i napiętnowania za opieszałość od zawiedzionego i wkurzonego klienta nie mogą sobie olać tak jak na infolinii – zwłaszcza, że przecież inni potencjalni klienci to widzą! Niestety takich jak ja jest wielu i chyba najbardziej zatrważające jest to, że wszyscy dostają te same zdawkowe odpowiedzi z automatu, nakazujące kontakt z tajemniczym „Andrzejem”, infolinią, albo mailing do BOA… Generalnie odnoszę wrażenie, że ta firma to jedna wielka spychologia, rażąca ignorancja, olewanie i unikanie odpowiedzialności za swoje błędy – w połączeniu ze zbywaniem i ogólnikami oraz rażącą opieszałością, czym klientów jeszcze bardziej irytują. Czego się boją, powiedzenia przepraszam za ewidentną próbę naciągnięcia umową na warunkach rażąco innych niż publicznie deklarowane? Zrekompensowania klientowi straconego czasu i nerwów? Przyznania się że dali ciała na całej linii? Ja tego tak nie zostawię, bo poza nagłośnieniem tej sprawy (ku przestrodze dla innych osób, by nie ufały konsultantom i wnikliwie czytały przesyłane im umowy), oficjalną drogą poinformuję o zaistniałej sytuacji UKE, UOKiK i po przetłumaczeniu na język niemiecki, centralę Deutsche Telekom. Uważam że przypadki tak żenującego podejścia do rozwiązania stworzonego przez nieuczciwego pracownika problemu, spychologii i skandalicznego traktowania klientów, powinny być publicznie napiętnowane i szeroko nagłaśniane. Traktowanie klientów jak idiotów to w pewnym sensie norma w naszym dzikim i zniewolonym kraju, ale ja sobie na to nie pozwolę!

Wczoraj ponownie przypomniałem się z moją sprawą na fanpage i w odpowiedzi usłyszałem, że w ogóle ta sytuacja to moja wina, bo nie przeczytałem umowy…. Da faq? Normalnie zamurowało mnie, bo jak niby miałem ją przeczytać, skoro została zawarta na odległość i dostałem ją do ręki dopiero z chwilą otrzymania przesyłki, którą musiałem parafować przy odbiorze? Czy to moja wina, że nieuczciwy bądź gapowaty pracownik zmienił warunki na rażąco dla mnie niekorzystne – nie informując mnie przy tym, że domyślne warunki świadczenia usługi ulegają zmianie? Dlaczego zaznaczył w moim imieniu zgody marketingowe, w ogóle nie informując mnie o tym? Dlaczego skoro mieli dobre intencje i czyste sumienie, nikt nie podjął ze mną dialogu? Nie usłyszałem nawet przepraszam, a mam prawo i czuję się oszukany, bo cała ta szopka z zamawianiem i odkręcaniem tego, kosztowała mnie sporo czasu i nerwów. Wczoraj stracili klienta, bo nie mogąc się doczekać reakcji – odstąpiłem od umowy i im to wszystko wczoraj odesłałem, ponieważ nie doczekałem się próby podjęcia ze mną rozmowy i wyjaśnienia tej sytuacji. Ale widząc co się wyrabia na ich Facebook’owym profilu, stracili i stracą nie jednego klienta. Osób skarżących się na karygodną pracę infolinii T-Mobile i błędy ich konsultantów jest wielu i raczej nie pomaga to budowaniu wizerunku firmy godnej zaufania.

Końcowa konkluzja jest taka, by nie ufać nikomu i wnikliwie (im szybciej tym lepiej, bo na odstąpienie umowy zawartej na odległość jest tylko 14 dni) czytać umowy i załączniki w poszukiwaniu umyślnie lub nieumyślnie przemyconych zmian, zgód – bo jak już postawicie trzy iksy na cyrografie, diabeł zabierze Waszą duszę i uszczupli portfel*… Dodatkowo myślę, że warto samemu nagrywać rozmowy z konsultantami i robić zrzuty ekranów, jako ewentualny dowód. Od tego incydentu minęły trzy dni i dotąd żaden z pracowników infolinii, którzy zajmowali się finalizacją mojego zamówienia nie raczył odpowiedzieć na wysłaną do nich wiadomość (na imienną skrzynkę), ani nikt z ich kierownictwa nie raczył oddzwonić. Czy ludzie szanujący klienta, honorowi i mający czyste sumienie, zachowują się w ten sposób? Nie usłyszałem choćby najmniejszego przepraszam, skruchy, czy propozycji wyjścia z twarzą z sytuacji, za którą ewidentną winę ponosi T-Mobile Polska. Zastanawiam się czy ich centrala w Niemczech wie, co się dzieje w ich spółce córce i jak traktują tu klientów?. Brawo T-Mobile!, możecie wydawać fortunę na reklamę z coraz to nowymi celebrytami, ale dopóki nie zaczniecie szanować swoich klientów i wywiązywać się z obietnic – ludzie będą od Was odchodzić szybciej niż będziecie ich pozyskiwać. W każdym razie po zlewce i olaniu którego doświadczyłem, już nigdy nie skorzystam z usług tej firmy i odradzę jej wybór każdemu kogo spotkam. Jak to szło? jeden niezadowolony klient odstrasza 100 potencjalnych klientów?…

*niewłaściwe skreślić 🙂

p.s. będę ten wpis aktualizował na bieżąco, jak tylko sytuacja będzie się rozwijała, a Was zachęcam walczcie o swoje i swoją godność!

Islamska zmiana warty…

Żyjemy w czasach gdy jeden ciemnogród, próbuje wykorzystać słabnące wpływy innego ciemnogrodu i przejąć jego strefę wpływów. Rozwijająca się intelektualnie, społecznie i cywilizacyjne i tym samym laicyzująca się Europa odchodzi od zabobonu religijnego – co skwapliwie próbuje wykorzystać Islam, z tym że dla Europy jest to wejście z deszczu pod rynnę… Czyżby Europa tęskniła za stosami inkwizycji, zabobonem, ciemnogrodem i uwstecznieniem się w rozwoju tak bardzo – by nie widzieć, że mamy do czynienia ze stopniową (i przez bierność rządzących UE, nieuniknioną) islamizacją Europy?

opresyjna, natarczywa i namolna aktualizacja do Windows 10…

Od kilku miesięcy polityka Microsoftu odnośnie promowania najnowszego Windows 10 zaczyna mnie drażnić i irytować – odnosząc skutek zupełnie odwrotny do zamierzonego. Zapłaciłem na swoją kopię win 7 i 8 i chcę ich nadal używać, więc jakim prawem Microsoft w sposób upierdliwy, natarczywy, opresyjny, nękający uciążliwy, namolny – wciska mi swój nowy produkt? Ile razy można klikać, że nie chcę!? A w dodatku nie pozostawiając mi wyboru i prawa do definitywnego zrezygnowania z aktualizacji – dając do wyboru TAK CHCĘ oraz TAK, ale później, co jedynie oddala w czasie kolejną próbę przekonania mnie do aktualizacji, której po prostu nie chcę!. Zdecydowanie zabrakło w tym wyskakującym okienku opcji NIE CHCĘ  I PROSZĘ MNIE WIĘCEJ NIE NIEPOKOIĆ/NIE PYTAĆ!.

The-Annoying-Windows-10-Update-Icon

Co więcej na przestrzeni ostatnich miesięcy już parokrotnie dokonałem odinstalowania i ukrycia tej konkretnej aktualizacji, odpowiedzialnej za namowy do aktualizacji do win 10 – a ona wraca, pomimo iż WYRAŹNIE ZAZNACZYŁEM, że sobie tego nie życzę! Są tak perfidni i wyrachowani, że jeśli oddalę się od włączonego komputera i w tym czasie wyskoczy monit – będzie on miał uruchomione odliczanie do uwaga, automatycznej aktualizacji do Win10 za 59 minut!. Jeśli przegapisz i nie zastopujesz w porę, to aktualizacja dokona się automatycznie, bez twojej zgody i wiedzy… Może UOKIK i UE pochylą się nad tematem i nałożą na Microsoft jakąś słoną grzywnę za uporczywe nękanie i tym samym oduczą ich bezczelnego i natarczywego nagabywania użytkowników?

kultowy Fiat 500…

Co rusz moją skrzynkę mailową bombarduje spam z reklamami, a między nimi „kultowego Fiata 500”. Nawet tego nie otwieram, po prostu kontrolnie zaglądam do folderu ze spamem, nim go opróżnię.

Ale jak można nazwać kultowym samochód produkowany od raptem kilku lat? Kultowy to był jego poprzednik, ewentualnie oryginalny Mini i Fiat 126P – ale użycie tego określenia w kontekście modelu obecnie produkowanego, jest sromotnym nadużyciem!

Pewnie użycie określenia „kultowy” urasta w mniemaniu debila, który wymyślił ten slogan, do rangi objawienia i z marszu samochód zdobywa +100 do lansu i z automatu sprawi, że samochód stanie się obiektem pożądania milionów…

Obawiam się, że na etykietkę „kultowego” pracuje się latami i wyrafinowane słownictwo niewiele tu da, choć nie wątpię, iż wielu skusi się na to bądź co bądź, urocze i oryginalne autko. Sądzę że i bez tak tanich zagrywek sprzedaje się nieźle, bez konieczności podcierania się legendą swego pierwowzoru…

Nospa bez glutenu, czyli padł kolejny bastion absurdu…

Tabletki rozkurczowe Nospa, teraz są dostępne w wersji bez glutenu! Łał, klękajcie narody, pomyślałem widząc dziś tę absurdalną reklamę. A jakim cudem owa tabletka miałaby wcześniej zawierać gluten? Aha i zapomnieli dodać, że nie zawiera konserwantów, czym ostatnio zabłysnął producent wody mineralnej Waterrr

no-spa_10

Płatki kukurydziane bez glutenu też świetnie się sprzedają, szkoda tylko że kukurydza w ogóle nie zawiera glutenu, – więc to koleiny absurdalny truizm, który jakiś debil z działu marketingu, rozdmuchał do rangi przełomu i objawienia roku! Co będzie następne? woda mineralna i mleko bez glutenu? a może bezglutenowe pomidory, szczaw i bezglutenowe termometry doodbytnicze?

CORN_FLAKES_250_BEZ_GLUTENU_3D_PL

Kiedy jakaś komisja etyki przyjrzy się tego rodzaju bredniom i zacznie nakładać srogie kary, na reklamy – spłodzone przez kreatywnych marketingowców, którzy bezczelnie i z premedytacją robią ludziom, wodę z mózgu? A przypominam że z godnie z prawem reklama nie może kłamać ani wprowadzać w błąd, zatem UOKiK do dzieła!

Kubuś Waterrr cytrynowy_medium

mniejszość niemiecka…

Generalnie nic nie mam do mniejszości niemieckiej, bo to pracowici, praworządni, rzetelni i płacący podatki obywatele – od których nie jeden Polak mógłby uczyć się porządku i gospodarności. Problem pojawia się gdy owa mniejszość niemiecka żąda przywilejów i zaczyna lobbować za przywróceniem rzekomej niemieckości tych ziem (Opolszczyzna). Skoro tak bardzo chcecie do heimatu – to proszę bardzo, wyjedźcie do Niemiec. Bo to że ta część polski była czasowo (przez ponad 120 lat, w wyniku rozbiorów) pod zaborem niemieckim – bynajmniej nie daje Wam prawa do uznawania jej za terytorium Niemiec i uzurpowania sobie do niej jakichkolwiek praw.

IMGP4434

Jeśli macie wątpliwości, to chciałbym zauważyć, że to właśnie Opolszczyzna jest kolebką Piastów, czyli prawowitych książąt i królów Polski. Ponadto jako rdzenny obywatel polski i mieszkaniec tychże ziem od przeszło 5 pokoleń – chciałbym zapytać, czy posłowie z polskiej mniejszości również zasiadają w niemieckim Bundestagu? Czy w Niemczech też są polsko niemieckie tablice z nazwami miast i wsi? A może polski jest w regionach zamieszkałych przez duży odsetek ludności polskiej drugim, obowiązkowym i nauczanym w szkołach językiem? No to może polska mniejszość ma w Niemczech specjalne przywileje? Obawiam się że nie, więc na jakiej podstawie żądacie lepszego traktowania, niż inne nacje, zamieszkujące terytorium RP?

Góra_Świętej_Anny,_Sankt_Annaberg

Proponuję na zasadzie wzajemności wprowadzić powyższe „polskie pierwiastki” po stronie niemieckiej – a w przypadku odmowy, zrezygnować ze specjalnego traktowania i przywilejów dla Niemców, wciąż mieszkających na terenie Polski. Równie dobrze Polska mogłaby zażądać od Litwy, Ukrainy i Białorusi Polsko ichniejszych nazw miejscowości, bo to kiedyś było nasze i wciąż mieszka tam wielu obywateli o polskich korzeniach.

Niestety tak się nigdy się nie stanie, bo Polacy jako naród się nie szanują i nie potrafią dbać o swoje interesy. Ponadto nasz rząd to same, miękkie, służalcze i skorumpowane faje – więc wszyscy włażą nam na głowę, w zamian za garść srebrników…

spójrzcie do czego doprowadził ludy arabskie Islam…

Europa wyzbywając się stopniowo religijnego zabobonu, jest w tej chwili u szczytu rozkwitu ekonomicznego, gospodarczego i kulturowego. Inna sprawa, że przez to ucywilizowanie staliśmy się słabi i nazbyt tolerancyjni, wyrozumiali i pobłażliwi, co właśnie próbuje wykorzystywać zaborczy i barbarzyński Islam. Islam, który mentalnie zatrzymał się w XII wieku, czyli w średniowieczu… A wierzcie mi, kiedyś było zupełnie inaczej…

Kolebką cywilizacji, która dała podwaliny pod późniejsze Bizancjum i potęgę świata antycznego (starożytny Rzym i Grecja) była Mezopotamia, leżąca na dzisiejszym terytorium Iranu i Iraku. Zamieszkiwały ją liczne ludy arabskie i to tak naprawdę one, dzięki swojemu rozwojowi i bogatej kulturze, dały światu szereg różnych nauk i zdobyczy cywilizacyjnych, które stanowią podstawę późniejszego rozkwitu świata jaki znamy. To Arabowie dali światu matematykę, algebrę, astronomię, alchemię, medycynę, nawigację, geometrię i wiele innych dziedzin nauki.

Kiedy nasi pra pra pra przodkowie, biegali jako stado nieokrzesanych dzikusów, po lasach dzisiejszej Francji i Niemiec – Arabowie wyrabiali perfumy, szyli ubrania i wznosili wspaniałe konstrukcje i budowle architektoniczne. A potem w VI wieku naszej ery, wynaleźli Islam i zobaczcie do czego ich to doprowadziło. Dziś postrzegamy ich jako bandę brudasów (choć to nieprawda), nierobów i utracjuszy, którzy mieli szczęście urodzić się na roponośnym piasku. To nie oni stworzyli przytłaczającą potęgę Dubaju, bo Dubaj zbudowali wynajęci w tym celu Europejczycy, Azjaci i Amerykanie. Dlaczego? Bo niewykształceni, nieobyci i ciasno wpasowani w światopogląd Islamu Arabowie, po prostu nie potrafią. Oni mają tylko kasę (mowa o bogatych państwach arabskich), ale gdyby im ją zabrać, to niczym nie odróżni się ich od bandy rozmodlonych pastuchów, którzy mentalnie wciąż tkwią w średniowieczu. Islam nie lubi postępu i nauki, dlatego Imamom tak zależy, by poddani wciąż tkwili w ciemnogrodzie, bo głupimi i niewykształconymi ludźmi można łatwiej manipulować. Widzicie tu pewną analogię, do zachowania i polityki Kościoła Katolickiego w średniowieczu?. Ostatni wynalazek Islamskich radykałów – to stwierdzenie, że ziemia jest płaska, więc z czym tu polemizować?…

Nauka to postęp, a postęp to dobrobyt, dobrobyt to szczęście i pokój na świecie. Religie nie lubią nauki i postępu, bo ludzie wykształceni o jasnych umysłach, nie poddają się temu religijnemu szaleństwu i nie ważne czy jest to umiarkowane Chrześcijaństwo, czy fanatyczny Islam. Wszystkie religie są jak choroba, wirus, czy wrzód – który żeruje i toczy zdrową tkankę organizmu, obracając ją w perzynę – podobnie jak Islam obrócił w proch, niegdysiejszą kulturę i potęgę ludów arabskich. To fakt historyczny, wystarczy poczytać…

To przerażające, że lud który kiedyś był synonimem rozkwitu, postępu, nauki, od którego pochodzi niemal wszystkie zdobycze cywilizacyjne jakie znamy – dziś stoczył się i zdegradował, poniekąd na własne życzenie. Kultura, która dała podwaliny pod potęgę Europy, jest dziś w totalnym rozkładzie, właśnie za sprawą religii. A więc dobrze się zastanówcie, czy chcecie żyć w pokoju i dobrobycie, korzystając z dobrodziejstw nauki jako ateiści – czy znów pogrążyć się w wiekach średniowiecza, wierząc w jakieś wyimaginowane bóstwo i niekoniecznie mam na myśli Allaha… Nauka buduje, a religie niszczą, zresztą wystarczy spojrzeć na to co wyrabia z zabytkami ISIS i w ogóle, traktowanie kobiet przez Islamistów.

religie – najbardziej śmiercionośna broń w historii ludzkości…

To nie proch, bomba atomowa, ani nawet nie nazizm i komunizm razem wzięte – nie są najbardziej śmiercionośnymi wynalazkiem w historii ludzkości. Tak naprawdę są nim z pozoru niewinne religie… Nawet II wojna i Holocaust, nie pochłonął tyle niewinnych ofiar co religijne i wywołane przez nie wojny i szerzenie nienawiści. Mowa o setkach milionów niewinnych istnień, mężczyzn, kobiet i dzieci, zaszlachtowanych tylko dlatego, że wierzyli w innego boga lub nie wierzyli wcale. Jakim trzeba byś skur… by w imię utrzymania władzy i majątku, kazać ludziom mordować, w imię jakiegoś zmyślonego bóstwa?

A przecież, niezależnie od czasów i szerokości geograficznej, geneza każdej jednej religii, jest taka sama. Pewnego dnia oszust spotyka głupca. Wmawia naszemu naiwniakowi, że ma kontakt z jakimś bóstwem i wie jak nasz głupiec ma żyć, by dostąpić życia wiecznego (raju, Nirvany, Walhalli, czy 72 dziewic). The End…

Będąc członkiem jakiegokolwiek wyznania, tylko pozornie jesteś wciąż wolnym człowiekiem i myślisz racjonalnie. Musisz żyć, myśleć i działać w zgodzie z podszytą podstępem i manipulacją demagogią (mitologią, tzw. nauką) – skleconą tak, by wyciągnąć od wiernych kasę i zachować władzę oraz wpływy. W zamian religie karmią wiernych kłamliwą utopią o mistycznym raju i życiu wiecznym. Religie perfidnie żerują na społeczeństwach, wykorzystując wrodzony lęk każdego człowieka przed śmiercią. Kłamią, obiecując ludziom jakiś urojony raj, ale na jakiej podstawie twierdzą że on istnieje? Na tej podstawie, że tych religijnych zabobonów, mitów, i kłamstw nie sposób zweryfikować, a przecież umarli nie składają reklamacji.

Religie i bogów wymyślono. Nawet dziś czci się około 5000 bóstw, ale pewnie ten Twój bóg jest tym jedynym, prawdziwym…. 🙂 Sporo tego nawymyślali na przełomie dziejów, ale wszystkich w celu zmanipulowania i podporządkowania sobie innych ludzi – w celu osiągnięcia jak najbardziej wymiernych korzyści. Znacie jakieś wyznanie, które nie wymaga ofiar, duchownych, świątyń i datków na tą hołotę? A ponieważ religie to nader intratny i dochodowy biznes, więc bronią się rękami i nogami przed zdemaskowaniem podstępu i utratą wpływów, zdobytych w czasach ciemnogrodu.

A więc jedynym słusznym i najbardziej wzniosłym aktem humanitaryzmu, jest bycie ateistą. Bycie ateistą nie przeszkadza żyć w zgodzie z etyką i moralnością, a przy okazji pozwala zdjąć klapki z oczu i co najistotniejsze, to pozwala znów myśleć!. Ateizm to wolność i powrót do własnej woli i racjonalnego myślenia. Zwróćcie uwagę, że najzamożniejsze i najlepiej rozwinięte gospodarczo i kulturowo społeczeństwa oraz państwa, są laickie!. Religie najbardziej boją się nauki, postępu i ludzi trzeźwo myślących – bo po pierwsze nie są podatni na ich matactwa, ale co najgorsze, uświadamiają o całym przekręcie innych! Żyjemy w czasach gdy mogę to napisać, bo w średniowieczu spłonąłbym za te „herezje” na stosie, zgadnijcie dlaczego….

A wystarczy włączyć mózg, logikę i zdroworozsądkowe myślenie. Wyzbyć wpojonych od noworodka, acz niepopartych żadnymi racjonalnymi argumentami i faktami zabobonów i odzyskać kontrolę nad swoim życiem. I żyć tak jak chcemy, bo życie ma się tylko jedno, a po nim nie ma już niestety nic – a przywódcy religijni, doskonale o tym wiedzą…

dlaczego Islam NIE JEST religią pokoju…

Islam NIE JEST, NIE BYŁ I NIGDY (z założenia) NIE BĘDZIE RELIGIĄ POKOJU i już wyjaśniam dlaczego…

Jeśli ktoś uważa że Islam JEST religią pokoju, to:
a: jest idiotą
b: jest ignorantem
c: jest już skutecznie omotany tamtejszą ideologią

Żeby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać Koran. No dobra nikt nie przeczyta Koranu, więc śpieszę ze skróconą solucją. Podstawowym i świętym obowiązkiem każdego muzułmanina jest Dżihad. A celem dżihadu jest wyżynanie w pień każdego, kto nie wierzy w Allaha i koniec. A ponieważ w Islamie nie przewidziano miejsca na dialog, tolerancję, konsensus i stany pośrednie – polecą głowy, bo tak rzecze Prorok!

Co więcej, dżihad dzieli się na trzy fazy.

Pierwsza to tzw. dżihad ukryty, gdy pierwsze, nieliczne grupki muzułmanów osiedlają się na jakimś terytorium, dzielnicy i ulicy  – oraz głoszą farmazony, że Islam to religia pokoju, kochajmy się i żyjmy jak bracia. Istotą pierwszej fazy jest uśpienie naszej czujności i zdobycie zaufania wroga, czyli giaurów (niewiernych).

Ale gdy będzie ich w danym środowisku już odpowiednio duża populacja (min. imigranci), dżihad ewoluuje na następny poziom, tzw. dżihad defensywny, w którym nasi miłujący pokój i bliźniego muzułmanie, stają się roszczeniowi. Żądają, by Twoja kobieta nosiła burkę i zakrywała ciało, a Tobie nie wolno jeść schabowego, nie może być go w sklepach a tak w ogóle to macie pozamykać wszystkie monopolowe, bo to obraża Allaha.

Kolejny i ostatni level dżihadu, to tzw. dżihad ofensywny, czyli wprowadzenie szariatu (we Francji, Anglii i Niemczech to tylko kwestia czasu) i dostajecie alternatywę, albo przechodzicie na Islam, albo polecą wspomniane głowy.

Mam nadzieję, że oświeciłem…

Piekielna Autostrada…

Jako że uwielbiam pastwić się nad głupotą i badziewiem, dziś kolejna perełka z TVN Playera… wczoraj widziałem jeden odcinek Piekielnej Autostrady i mam dość… nasunął mi się wniosek, że amerykanie to nacja wybitnie lubująca się w taniej sensacji i przodująca w produkowaniu paradokumentalnych cykli o perypetiach przedstawicieli różnych zawodów… czekam jeszcze na serię o krawcach, bo wyobrażacie sobie tę dramaturgię?… czy Steve uda się przyszyć guzik?, czy Amanda da radę nawlec nić na igłę?, OMG! (tego tu najwięcej, zupełnie jakby inne formy werbalnego wyrażania zaskoczenia nie istniały, aka taki odpowiednik naszego swojskiego „ja pierdo…”) Mike ukłuł się w palec! (i tu scena rozległego krwotoku, karetka na sygnale i ryzyko zachorowania na ebolę!)… odnoszę wrażenie, że producenci tych szmir potrafiliby nakręcić pełen dramatycznych zwrotów akcji serial, o kopaniu rowów melioracyjnych!…

53b4c4c6-81d3-11e3-9989-0025b511226e

Tym razem możemy podziwiać amerykańską pomoc drogową dla ciężarówek… seria ma wybitnie „tabloidowy” charakter, emanując tanią sensacją i dramaturgią, tam gdzie jej po prostu nie ma…wyobraźcie sobie, że akcja dzieje się w górach na dalekiej północy, gdzie ciężkie warunki drogowe to oczywista codzienność przez większą część roku – ale i tak dzielni (bohaterscy) drogowcy muszą się zmagać z nieprzewidywalnymi komplikacjami w rodzaju śnieg, mróz, czy gołoledź… to tak jakby kręcić dokument o Eskimosach i pomstować, że na dworze mróz i śnieg… jakim trzeba być debilem i ignorantem, by łyknąć to monstrualnie nakręcone g….?

Bohaterem odcinka, na który zmarnowałem prawie godzinę życia jest niezbyt rozgarnięty kmiot o imieniu Jamie (gość jest naprawdę tępy, o czym za chwilę), który wraz z bujającym w obłokach synem Brandonem i paroma równie „lotnymi” pracownikami ratuje kierowców z opresji… tymczasem jego prawa ręka (Kevin) już w pierwszym odcinku, pomimo posiadania w pełni wyposażonego wozu bojowego, daje dupy na całej linii – zapominając zabrać na akcję podstawowe wyposażenie, jak krótkofalówki… i jeszcze miał focha, że szef ma o to do niego pretensje…

36f90306-64ea-11e4-9f8a-0025b511226e

Syn woli pospać do 11 i bawić się iPhonem i Facebookiem niż pracować, a flejowate wykończenie domu i warsztatu oraz wygląd obejścia sprawia wrażenie scenerii po ostrzale moździerzowym… całości dopełnia irytująca narracja (przypadłość amerykańskich produkcji) z masą powtórek, truizmów i taniej, oczywistej demagogii… do tego dochodzi rozbuchany do granic absurdu przesadyzm i demonizowanie najzwyklejszych sytuacji i zdarzeń do rangi katastrofy… słuchając niektórych tekstów, mam wrażenie, że za scenariusz odpowiada ta sama osoba, co za nagłówki Faktu…

Wkrótce przekonałem się naocznie o profesjonalizmie i doświadczeniu bohaterskiego laweciarza Jamiego, gdy podczas jednego ze zleceń zdewastował jakąś naczepę, bo nie pomyślał kmiot, że zamiast siły można użyć mózgu… a już po chwili, wywalił komuś szybę w ciężarówce, bo nie wpadł na to by wejść do niej drzwiami (otwierając klamkę)… przy okazji wyszło, że nie potrafi obsługiwać swojego własnego sprzętu, ponieważ jeszcze nie przeczytał instrukcji obsługi (ja się zastanawiam czy w ogóle potrafi czytać)… srsly? trudno o większego gamonia do obsadzenia w roli strażnika autostrady… jeśli jest coś piekielnego w tej serii, to jest to wyłącznie porażająca głupota jednego z bohaterów – tylko czy jest czym się chwalić?….

25583

Pogromca Katastrof, czyli program o amerykańskim maczo, który w tydzień odbudowuje zrujnowane altanki…

Obejrzałem kilka odcinków serialu Pogromca Katastrof na TVP Playerze i doszedłem do wniosku, że po pierwsze prowadzący jest despotycznym tyranem o umiejętnościach aktorskich wiktoriańskiej katedry, amerykanie budują domy o standardzie altanki ogrodowej – a całość okraszono masą sztucznie wyciskanych łez, za pomocą taniej i chwytającej za serce demagogii… przecież wiadomo, że pożar, albo tornado czy inny kataklizm to wielka tragedia, ale nie widzę powodu by to wyolbrzymiać i w kółko mówić jaka to tragedia, trauma i cios!… w końcu widzowie nie są idiotami, no chyba że w Stanach jest inaczej…

5097e18c-1efa-11e4-a1a5-0025b511226e

To co mnie najbardziej irytuje to populizm, udawany entuzjazm i wyolbrzymianie najbardziej banalnych kwestii i problemów logistycznych do rangi niewyobrażalnego kryzysu i katastrofy… w jednym z pierwszych odcinków, problemem okazało się pocięcie powalonego drzewa, a nawet podjechanie po jego kawałki ciężarówki, która zakopała się w trawniku… ojejku, chodzimy po śliskim trawniku, można się potknąć, a drzewo może się zsunąć, srsly?… no ale czymś trzeba podsycać atmosferę i wzmagać dramatyzm… twórcy serialu prawdopodobnie potrafiliby opisać rozlanie szklanki wody w kategoriach epickiej klęski żywiołowej, przy której usuwaniu ściągnęliby do pomocy helikoptery pełne Marines i lotniskowce strategiczne z napędem atomowym… no ale jak się nie ma katastrofy, to trzeba ją sobie wykreować…

Prowadzący i jego ekipa są niemiłosiernie sztuczni, widać że jest to reżyserowane wedle scenariusza napisanego przez emocjonalnego kalekę… trzeba być naprawdę złaknionym uczuć, by towarzyszące interakcjom bohaterów i poszkodowanych emocje, uściski i „niedźwiedzie” z prowadzącym uznać za autentyczne, szczere i spontaniczne… niestety na kilometr zawiewa od tego sztucznością, pozerstwem i amatorszczyzną, bo choć biorę poprawkę iż to show dla amerykanów, wypadałoby bardziej postarać się o zachowanie pozorów… no i te groteskowe kłótnie z dekoratorem, który wpierw coś planuje, a prowadzący program i tak robi po swojemu… nie ważne że całe przedsięwzięcie na kilometr trąci fuszerką i prowizorką (mam na myśli samą ideę amerykańskiego budownictwa), ważne że obiecał tym ludziom, że za tydzień mogą się wprowadzić…

afcab3a8-2c3a-11e4-a96d-0025b511226e

Ponadto irytuje mnie ten nachalny, wybitnie amerykański styl narracji z niekończącymi się powtórkami i maglowaniem w kółko o jakimś mało istotnym aspekcie, wyolbrzymionym zagrożeniu, trudnościach i krzywdzie jaka spotkała tych biednych ludzi… oczywiście najlepsze w tym celu są zagubione dzieci poszkodowanych i pokazywanie wygrzebanych z pogorzeliska osobistych bibelotów, które cudownie ocalały… jest dużo sztucznych jak tyłek Cher łez, masa rozdmuchanych do granic absurdu truizmów, populizmu, taniej demagogii dla debili i rozwlekania w nieskończoność kwestii oczywistych i ewidentnie poddających w wątpliwość profesjonalizm prowadzącego oraz jego ekipy…

No ale najważniejszy jest populizm, zupełnie ignoranccy powszechnie znany fakt, że amerykańskie domy W OGÓLE stawia się od podstaw w tydzień, bo przeważnie budulcem są płyty OSB, karton gips i szara taśma montażowa (niezastąpiona również w tamtejszej motoryzacji)… więc nie dziwota, że sypie się to przy każdym podmuchu wiatru – za to powstają błyskawicznie, a koszt budowy jest niski… ale gdzie tu solidność i trwałość, która cechuje „dom” w pojęciu europejskim?… naprawdę widuję solidniejsze garaże, psie budy i altanki niż to co za oceanem szumnie określa się mianem „house”… ponadto dziwi mnie wysokość wypłacanych odszkodowań (zakładając że liczby nie są z kosmosu, jak na wyreżyserowane show przystało)…

f91c8aec-380e-11e4-bba8-0025b511229e

Przykładowo w czwartym odcinku częściowo spłonął domek z drewna o wielkości garażu na amerykańskiego pickupa – ale jego remont wyceniono na prawie ćwierć miliona dolców, za co w Europie można by postawić okazałą rezydencję z cegły, prawdziwego drewna oraz dachówki… za te pieniądze można by kupić na czarnym rynku bombę atomową, zrzucić ją na pozostałość „domu” (sorry nadal upieram się, że dom to solidna konstrukcja z betonu, drewna i kamienia, a nie altanka z płyty OSB i karton gipsu), zaorać, nasadzić nasturcje i wybudować wszystko od nowa, z użyciem solidnych materiałów budowlanych… te domy nawet nie mają piwnic, fundamentów i ścian z prawdziwego zdarzenia – zaś konstrukcja dachu składa się ze szczebelków jak przy dziecięcym łóżeczku… cała konstrukcja to lekka i ażurowa plątanina drewnianych deseczek, zwykle kryta gontem z papy i sklecona do kupy paroma gwoździami… zresztą wystarczy spojrzeć na narzędzia jakimi posługuje się ekipa… najcięższe z nich to wywrotka do wywozu tego całego szmelcu, który pozostanie po ręcznym rozebraniu dachu i wykopaniu (dosłownie z buta), „ścian”… gwoździarka pneumatyczna, wkrętarka akumulatorowa, piła szablasta, ręczna pilarka tarczowa i „kapówka”, to wszystko by od zera wybudować amerykański „dom” marzeń… aha zapomniałbym o obłożeniu całości nieśmiertelnym „gustownym sidingiem”… jakoś nie kupuję tego propagandowego „american dream”…

kawiarnia pałacu w Mosznej, czyli żywy relikt PRL…

Dawno nie przeżyłem takiego upokorzenia, przychodząc gdzieś wydać moje ciężko zarobione pieniądze… jeśli chcecie poczuć na własnej skórze klimat PRL z filmów Barei – polecam odwiedzić kawiarnię działającą we wnętrzach urokliwego pałacu w pod opolskiej Mosznej… miejsce jest niezwykle malownicze, wręcz baśniowe – gdyż pałac swą architekturą nawiązuje do pałacyków bawarskich, na których wzorował swój bajkowy pałac Walt Disney… bogato zdobiony, eklektyczny i niemal ocierający się o kicz obiekt bez wątpienia cieszy oko, otoczono go przepięknym parkiem ze słynnymi azaliami – więc nie dziwota, że od zawsze ściągały tu tłumy…

„bo klient w krawacie jest mniej awanturujący się…”

Od niedawna pałac funkcjonuje na własnym rozrachunku, ponieważ mieszczące się w nim od dziesięcioleci Centrum Terapii Nerwic zostało przeniesione do nowej lokalizacji, a kultowy obiekt turystyczny Opolszczyzny – od teraz sam musi zabiegać o pozyskanie funduszy na swoje utrzymanie… powstał więc hotel, restauracja, kawiarnia i inne atrakcje (stadnina koni), pozwalające temu miejscu świetnie prosperować… jeszcze bym zrozumiał gdyby to co mnie wczoraj tam spotkało, zdarzyło się gdy obiekt był „państwowy” – ale teraz, gdy muszą zabiegać o turystów, a jakość świadczonych usług powinna być na odpowiednim poziomie?…

Wybrałem się wczoraj z mamą, pospacerować po tamtejszym parku… uwielbiamy złotą polską jesień i choć słońca nie było, okolicę spowijała baśniowa mgła, pięknie podkreślając jesienny charakter tego miejsca… po spacerze postanowiliśmy po raz drugi odwiedzić pałacową kawiarnię, aby zjeść ciasto i napić się kawy… na wejściu tradycyjnie zastaliśmy kilkanaście stolików, w tym część zajętych przez gości i blisko połowę kompletnie pustych, z nieodłączną i nieśmiertelną tabliczką „zarezerwowane”… nauczony doświadczeniem z wcześniejszej wizyty, gdzie również nie było gdzie usiąść, a zarezerwowane stoliki ciągle świeciły pustkami – odczekaliśmy chwilę i usiedliśmy przy jednym z właśnie zwolnionych przez innych gości…

Siadamy, czekamy, wypatrujemy kelnerki, która krąży po sali i kompletnie nie zwraca na nas uwagi… normalnie pełna ignorancja  i olewka jak u Barei… po około 10 minutach bezskutecznego oczekiwania, zirytowałem się i zaczepiłem kelnerkę werbalnie, odburknęła, że za chwilę podejdzie… pani owszem po chwili podeszła, ale zamiast zaproponować nam dwie kawy i dwie wz-ki (są obowiązkowe, bo biją się o złotą patelnię) z równie krnąbrną miną i arogancką postawą – stwierdziła, że nie może przyjąć naszego zamówienia, ponieważ siedzimy przy stoliku z rezerwacją… (nie ma to jak frontem do klienta!)…

„nie mamy pańskiego płaszcza!…”

Spojrzeliśmy na siebie z matką w osłupieniu, na stolik, kelnerkę, na siebie i znów na stolik w poszukiwaniu jakiejkolwiek informacji, że ów stolik nosi jakiekolwiek znamiona rezerwacji – tej samej co 5 pozostałych i zawsze pustych stolików… obwieszczam zatem aroganckiej panience, że nie widzę tu żadnej karteczki z napisem rezerwacja, a na stole wciąż stoją filiżanki po ledwie co dopitej przez ostatnich gości kawie – a których krnąbrna dama nawet nie raczyła zabrać nam ze stolika… na to panienka wyciąga, zza stojaka z chusteczkami i ustawionego pionowo menu ową karteczkę z napisem „zarezerwowane” (której zasiadając do stolika od drugiej strony nie mieliśmy prawa zauważyć) i kolejny raz powtarzając jak mantrę, że nie może przyjąć naszego zamówienia, bo siedzimy przy stoliku z rezerwacją, a który to jest zarezerwowany tylko dla gości hotelowych (a my to co?), bo takie mają reguły…

Obmiotłem więc wzrokiem resztę pustych stolików z rezerwacją i informuję paniusię z lekkim poirytowaniem, że chyba tłumy gości hotelowych (wątpię by przy tym poziomie obsługi mieli jakichkolwiek powracających) mogą usiąść przy 5 pozostałych, wiecznie pod nich zarezerwowanych stolikach… ale kelnerka była niewzruszona, nieczuła na wszelkie argumenty, że przecież są inne wolne stoliki, wiecznie puste i po prostu nie mamy gdzie usiąść (uprze się cham i weź mu daj!)… po czym wsadziła sobie tacę pod pachę i olawszy nas ciepłym moczem, oddaliła się…

„straszne chamstwo tu się zjeżdża z całego świata…”

Od lat stołuję się w knajpach, hotelach, kawiarniach, restauracjach, zjeździłem całą Polskę wzdłuż i wszerz – ale jeszcze nie spotkałem się z takim traktowaniem ze strony personelu przybytku, o charakterze komercyjnym!… jeszcze bym zrozumiał, gdyby chodziło o stołówkę zakładową jakiegoś państwowego ośrodka, mentalnie w sposób permanentny osadzonego w głębokiej komunie – ale w miejscu nastawionym na przychody z turystyki?… w miejscu nastawionym na przychody, gdzie ludzie przyjeżdżają wydać swoje pieniądze okazuje się, że można zostać nieobsłużonym, bo panienka powołuje się na kuriozalne reguły rezerwacji stolików (wiecznie pustych)?… no ale z betonem się nie wygra (nawet dwudziestoparoletnim), więc wściekły, zirytowany i upokorzony potraktowaniem nas jak śmieci – wstaliśmy z mamą i skierowaliśmy się do wyjścia…

No cóż, moja noga więcej tam nie postanie i nie zarobią już ani złotówki na mnie, mojej rodzinnie, przyjaciołach i moich przyjezdnych znajomych, których od lat chętnie tam przywoziłem… z tego miejsca chciałbym serdecznie powinszować zarządowi tego miejsca, wybitnego wyczucia ekonomicznego (połowa stolików w kawiarni to wiecznie zarezerwowane pustostany, a goście odchodzą z kwitkiem) oraz przeszkolenia personelu, który swym zachowaniem i postawą odstręcza i dosłownie wyrzuca potencjalnych gości… zatem jeśli za własne pieniądze chcecie doświadczyć olewania i ignorowania, aroganckiej i krnąbrnej postawy oraz zbolałych grymasów do kompletu – polecam tutejszą kawiarnię…

Z załogą o takim nastawieniu i „podejściu do petenta”, raczej nie wróżę sukcesu temu malowniczemu miejscu, a konkurencja jest spora… proponuję udać się do usytuowanego nieopodal hotelu Arkas w Prószkowie i podpatrzyć jak tamtejsza obsługa traktuje gości… pomimo iż nie mają pięknego pałacu na podorędziu, zawsze są tam tłumy i goście chętnie wracają… ciekawe dlaczego?…